piątek, 29 listopada 2013

Kontrakrt nr. 7 w Niemczech - pierwsze wrazenia.

Od poniedzialku zaczelam nowy kontrakt, w malej miejscowosci 40km na wschod od Monachium. W recepcji zrobiono mi zdjecie i wydrukowano karte, wiec od razu moglam przemieszczac sie po calym budynku. Na miejscu czekalo na mnie biurko i komputer. Niestety proces wdrazania nowych ludzi nie jest zbyt dopracowany, byc moze jest tutaj mala rotacja.

Pierwszego dnia moj manager pokazal mi troche rzeczy, ale polowa nie dziala, wymaga dodatkowego konta, itp. Nastepnego dnia manager z drugim pracownikiem polecieli do Irlandii na spotkanie w Vmware, a ja zostalam sama z innym czlonkiem naszego teamu. Problem w tym, ze on biega po jakis spotkaniach caly dzien i nie ma czasu pokazac mi czegokolwiek. Siedze sobie wiec przy biurku i podziwiam widok za oknem. Moge liczyc igly na sosnach po drugiej stronie ulicy lub samochody na drodze ;-) A wieczorem moge podziwiac zachod slonca, bo akurat widze go katem oka z biurka. Jak na razie, to slono przeplacaja za moje uslugi.

Nie zapowiada sie na duzo roboty ani jakas szczegolnie skomplikowana. Oczywiscie moge sie mylic. Na razie mam wrazenie, ze biurokracja jest tak duza i ciezka do przebrniecia, ze wstrzymuje wszelki rozwoj. W poniedzialek wpadl do naszego pokoju (nie ma open space) jakis gosc, zapytal sie czy mamy chwile na rozmowe i przez pol godziny byla dyskusja o vmware, o rozwoju, co mozna zrobic, czego nie mozna itp. Po jego wyjsciu manager powiedzial mi, ze to byl CEO firmy. Jeszcze mi sie tak nie zdarzylo, zeby CEO bladzil po korytarzach i wpadal do jakis teamow na dole drzewka i prowadzil z nimi dyskusje na tematy technologiczne. W poprzedniej pracy, to ledwo raz widzialam dyrektora naszego dzialu.

Technologicznie, biurowo -architektonicznie i kawowo, to krok wstecz. Budynek jest tak z lat 90., nie ma open space, wszyscy siedza w malych pokojach. O tyle dobrze, ze na drzwiach sa nazwiska, to mozna jakos kogos znalezc, jak poda numer pokoju. W budynku jest kantyna, ale nie ma kuchni na pietrach, jak to zwykle bywa w UK i w Polsce. Nie ma lodowek, nie ma kuchenek mikrofalowych, wiec albo stolowka albo jedzenie poza biurem. Tyle, ze w okolicy nie ma zadnych lokali, poza jednym w supermarkecie.

Jesli chodzi o jezyk niemiecki, to daje rade bez niego zyc. Wszyscy w budynku mowia po angielsku, czasami ze smiesznym akcentem, ale mowia. W sklepach tez, co powoduje, ze mam zupelny brak motywacji, zeby wysilic sie i uzywac niemieckiego. W pokoju siedze z dwoma Szkotami (jeden z Glasgow, drugi z Edynburga) i prawdopodobnie Amerykaninem. Ten ostatni jak zaciagnie z tym swoim akcentem ... Jest jeszcze jedna osoba, ale nie ma go w tym tygodniu w biurze, wiec nie wiem skad pochodzi, byc moze z Wegier, bo na Linkedin ma wymieniony wegierski i rosyjski w liscie jezykow.

Przez pierwsze pare tygodni bede rezydowac w mieszkaniu wakacyjnym, 2,5km od pracy. Niestety troche przeliczylam sie z latwoscia dostania sie do pracy. Niby tylko 2,5km, ale nie ma chodnikow na trasie. W wiosce/na osiedlu chodniki sa, ale niestety potem jest polna, waska droga. Samochodu nie za bardzo oplaca sie odpalac na 5 minut jazdy, testowalam autobus, ale okazuje sie, ze nie jedzie on do mnie do pracy, tylko na stacje kolejowa (ma bardzo skomplikowany rozklad i trase przejazdu). Stanelo na tym, ze chodze do pracy na piechote, a wracam autobusem, bo akurat jest i jedzie 5 minut - 3 przystanki. Ponizej zdjecia ze spaceru do pracy w czwartek.


Znalazlam mieszkanie od stycznia w innej miejscowosci, przy trasie kolejki S-Bahn, dojazd do pracy 10 minut. Bede negocjowac z wlascicielem pozostanie na dluzej, do konca maja. Mieszkanie wyglada dobrze na zdjeciach, 3 pokoje (2 sypialnie), spora kuchnia, podobno jakis balkon i parking.

W czwartek mialam kolejna oferte powrotu do poprzedniej pracy na pozycje seniora i podwyzszenie dniowki. Skorzystam z tej opcji backupowej, ale pozniej i jak bedzie taka potrzeba.

9 komentarzy:

  1. Doliczyłaś się igiełek? :)
    Po którejś wzmiance dotyczącej czasu nieszukania nowego kontraktu i kontaktów ze strony starych współpracowników, utwierdzam się w przekonaniu jak ważne jest znać ludzi z branży i aby mieli o tobie dobrą opinię. U nas nieraz decyduje to o być albo nie być na rynku pracy, ale w czystym IT aż tak ogromnego wpływu bym się nie spodziewała.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurcze, no aż muszę skomentować (z pozycji UK Professional - wpisałem Ci się już wcześniej raz czy dwa) a niechętnie to czynię.

    Naprawdę jestem pod wrażeniem tego, co robisz i osiągasz - jako, że miejscami Twoje spostrzeżenia są dość zbieżne z moimi i nierzadko też pomocne, choć sam na razie nie przerzuciłem się jeszcze na świat kontraktowy (a było teraz blisko). Jednakowoż część z Twoich obserwacji wymaga zdecydowanie komentarza. Nie bierz tego proszę osobiście do siebie - piszę to z pozycji spędzenia kilku lat w firmie międzynarodowej z europejską kwaterą w UK i działającej aktywnie w EMEA.

    Nic mi do tego, jak firma zarządza czasem, ale tu mogę się z Tobą zgodzić - doświadczenia jak wyżej mogą być bardzo frustrujące. Ale z drugiej strony jeśli Ci za to płacą (zwłaszcza na kontrakcie), to za bardzo nie widzę powodu aby wychodzić zanadto przed szereg...

    Zaobserwowałem, że w europejskich firmach, nieskażonych za mocno anglo-saskim modelem korporacji cenię sobie bardzo:

    * Właśnie to, że jest stołówka, a nie że każdy biega ze swoim (często) woniejącym lunchykiem i pozostawia syf w mało sterylnej kuchni. Dla mnie własne kanapki to dziadostwo i zdania nie zmienię,
    * Właśnie to, że nie ma lodówki z zagrzybiałym sosem czy innym świństwem, co do którego nie można znaleźć właścicieli,
    * Właśnie to, że nie ma żadnego open space'u, w którym własnych myśli nie można zebrać (o żadnej prywatności i wiecznym gapieniu się w kogoś monitor nawet nie wspomnę) za to można poczuć i słyszeć co kolega je na lunch. W firmach ludzie mają określone zadania do wykonania i potrzebują do tego SPOKOJU - jeśli trzeba kolaborować, to od tego są narzędzia oraz sale konferencyjne.
    (A jedzenie je się w stołówce a nie przed klawiaturą)
    * Właśnie to, że ludzie ze szczytu naprawdę DBAJĄ o to, co się dzieje niżej - nie wszystkim palma od razu odbija. I wszystko z reguły w duchu zapewnienia jak najlepszej współpracy a nie 'bo jestem resource'. Bo jest po prostu jakoś tak bardziej socjalne, i mniej się liczy to, że godzina dyrektora kosztuje więcej niż problem przez niego do załatwienia (!!!)

    A perełka na koniec: Czy Ty naprawdę będziesz chodzić przez te bezdroża i utrwalać w germańskim narodzie raczej pejoratywny stereotyp 'oszczędnego' i 'zaradnego' Polaka? Chyba że pojechałaś tam stricte jako Obywatel Commonwealthu...

    Sukcesów życzę i więcej ciekawych obserwacji! Jako, że wydajesz się być na rozdrożach (czytając między wierszami) jestem ogromnie ciekawy w którą stronę ewentualnie los Cię / Was dalej rzuci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem co widzisz zlego w spacerze do pracy. Odpalenie samochodu na 5 minut jazdy to zbrodnia, nie ma to nic wspolnego z oszczednoscia. A jak snieg lezy lub jest mroz, to odsniezanie lub skrobanie zajmie wiecej czasu niz sama jazda. Wole sie przejsc niz odsniezac samochod, przy zalozeniu, ze pogoda jest ok. Wczoraj byl piekny wschod slonca :-)

      Kuchnie moga byc bardzo czyste w korporacjach. Tak samo lodowki. Wiekszosc firm ma odgore oproznianie lodowek co dwa tygodnie. Teraz musze zejsc 2 pietra i przejsc pol budynku, zeby napic sie herbaty, a mogliby zrobic kuchnie na pietrze.

      Stolowki moga sobie byc, ale ja lubie wybor i nie chce byc skazana na ograniczone menu. Na dodatek kontraktorzy placa 25% wiecej niz etatowcy. A tak moglabym przygotowac sobie lunch wedlug wlasnego widzimisie lub kupic gotowca do kuchenki wedlug gustu. Na razie testuje te kilka "lokali" w supermarketach przy firmie. Nic innego tu nie ma. Tylko pola ...

      Zaradnosc to dobra rzecz i akurat za to chwali sie Polakow.

      Usuń
    2. Hej Richmond,

      Dzięki za odpowiedź - no i za zaaprobowanie mojego elaboratu :-)

      Ja absolutnie niczego złego w spacerze do pracy nie widzę - wręcz przeciwnie, same zalety! Ale 2.5km to 25min dla sprawnego piechura, ja byłbym w stanie zaakceptować 10min. max i to pod warunkiem, że jest po czym chodzić. I nie bez znaczenia jest dla mnie te właśnie dodatkowe poranne 2o minut, które mogę spożytkować choćby na spokojniejsze śniadanie....

      Ale nie to jest clue - jeśli zdecydowałaś się pojechać tam samochodem, na który Cię stać, to nie widzę powodu, żeby po prostu z niego nie korzystać. Jasne, że to nie idealne warunki dla auta, ale z drugiej strony ono chyba się nagle nie rozpadnie od używania? Już abstrahując, że masz je zdaje się w leasingu więc zakładam także, że jest objęte gwarancją i zapewne też planem serwisowym... Czyli w sumie nie Twój problem jak coś pójdzie źle!

      I nie wdawajmy się w dyskusje ile eurocentów dziennie oszczędzasz tego nie robiąc, please!

      (Moje auto to 2.4l diesel, z tych dużych i ciężkich, do pracy regularnie jeździłem przez okrągłe 3 lata niecałe 4 km. Auto sprawuje się świetnie mimo elaboratów odnośnie filtrów DPF i tym podobnych strachów na lachów których w UK pełno)

      Chyba, że oszczędność jest rzeczywiście celem w samym w sobie... Znam opowieści o Polakach jadących do pracy za granicę z torbami wypełnionymi instant zupkami i konserwami, 'bo taniej'. I to mnie właśnie nieco razi zwłaszcza, że Twoja rola jest z tych dość specjalistycznych...

      Twoje uwagi i oczekiwania odnośnie wyposażenia firmy są jak najbardziej słuszne aczkolwiek zauważ, że cała rzecz rozbija się po prostu o kompletnie inne podejście do interakcji międzyludzkich. Europa to całkowicie inny mindset w porównaniu z wyzutym z wszelkich ludzko-społecznych odruchów korporacyjnym światkiem, w którym wszystko w duchu nieustannej hipokryzji jest dokładnie przeciwne niż na to wskazuje. UK pod tym względem jest dalej w średniowieczu, gdzie rzemieślnik nie staje się klasą mieszczańską tylko po skończeniu pracy / zadania zabiera narzędzia, rodzinę i wędruje szukać nowego zajęcia. Food for thoughts!

      I kończąc: zaradność to jest rzeczywiście nasza narodowa cecha - w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu - ale często niestety kończy się to przejaskrawieniami. A na tym gruncie jestem dość czuły, zwłaszcza po kilkuletnim pobycie w UK i takiego a nie innego stereotypu związanego z naszą częścią Europy.

      Dzięki raz jeszcze za konstruktywny dialog :-)

      Usuń
  3. heheh z tymi akcentami to smiesznie jest czasem...u mnie sami angole w pracy....najlepiej jest jak zacznie sie wymiana argumentow miedzy dwoma brummies (birmingham akcent) :) wtedy jak w piosence ton idzie coraz wyzej i wyzej...na dluzsza mete to nawet wkurzajace :)pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie no. Jestem pod wrazeniem Twojej wytrwalosci w pisaniu bloga. Pamietam dwa lata temu, jak emigrowalem do Irlandii, Twoj blog byl dla mnie sporym zrodlem informacji i przemyslen. Teraz, po dwoch latach, wciaz czytam go z ciekawoscia. Trzymaj tak dalej! Jestem ciekaw Twoich opinii o Niemczech pod koniec kontraktu. Moj plan na zycie to jeszcze posiedziec poltora roku w Dublinie a potem marzy mi sie wlasnie tez Monachium, glownie ze wzgledu na dzieciaki. Zeby przez rowny rok (przynajmniej) w szkole mogly nauczyc sie tego jezyka w praktyce. Powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj Richmond,
    A ja tam sobie chwalę możlwość chodzenia do pracy (niecałe 4 km w ok 40 minut - po chodnikach), jako forme ruchu na świeżym powietrzu wobec 8 godzin ślęczenia przed kompem w pracy, i kolejne wieczorem w domu. Buty 'casual' czekają pod biurkiem bo najlwygodniej chodzi się w 'treningach'. Samochód biore jak pada, lub się śpieszę lub mam coś do załatwienia po pracy. A taki Jakub Pawlowski wielokroty maratończyk i IronMan (programista Java - do niedawna w Canary Wharf, teraz w Zurichu) załatwił sobie z managerem dłuższy lunch żeby trenować bieganie w środku pracy...
    Natomiast po wiejskiej drodze o zmroku, bez chodnika, ze śniegiem na poboczu to wyobrażąm sobie że możę być też troche niebiezpiecznie chodzić... Bez odblaskowego ubrania...
    Apropos 'odpalania' samochodu, to nie musiałabyś go odpalać gdyby był elektryczny :-) Choć na wieś i na zimę to raczej niezbyt dobry pomysł.
    Richmond czy analizowałaś możę opłacalność zakupu samochodu 'plug-in' pracując w City ? Do nowego rząd UK dopłaca 25% (do £5k), RoadTax i CongestionCharge są free, a mileage allowance pewnie można wrzucać w koszty jak samo. Chyba jeszcze pare preferencji by się znalazło, nie wiem jak z łatwością/kosztem parkowania, bo ładowanie w Londynie o ile wiem to koszt £10/rok :-) I tu mnie troche boli te £460 samego RoadTaxu rocznie...
    Mam nadzieję, że pamiętałaś o załatwieniu sobie stickera na szybę z nr rej - dowodzącego normy EURO X Twojego samochodu ? W większości niemieckich miast jest obowiązkowy pod karą mandatu... Ja załatwiłem sobie za jakieś 5€ przez website berińskiego chyba 'Urzędu Miasta', niestety linka nie mam do podesłania...
    A gdybyś się interesowała investowaniem w nieruchomości to polecam spotkanie fridomaniaków 11-gru w München (http://fridomia.pl/)
    Dołączam się do podziękowań za prowadzenie tego bloga (a także tego zamkniętego 'Inwestowanie w UK')
    Powodzenia w further career development :-)
    Stanley z Hounslow (do Richmond tylko 5km piechotą :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widze, ze w komentarzach nastepuja pewne nadinterpretacje. Napisalam na gorze, ze wieczorem jest autobus i jedzie 5 minut. Mozna oczywiscie isc przez pole, jak ktos ma chec. Po prostu poranny autobus nie jedzie do firmy tylko do szkoly, a nastepny jest 80 minut pozniej czyli za pozno.

      Na razie albo jezdze samochodem albo chodze na piechote, zalezy od dnia, wysilku ktory jest wymagany, zeby odmrozic samochod itp. A jak idziemy na piwo po pracy, to tez na piechote do pracy, a potem taksowka z pubu.

      Od stycznia bede mieszkac w innym miejscu i bede dojezdzac 10 minut kolejka.

      Jezdzenie samochodem po Londynie to pomylka, takie jest moje zdanie. To nie chodzi o koszt, ale o strate czasu. Elektryczne samochody, to nie moj klimat, ja raczej w strone potworow zmierzam.

      Bylam wiele razy w Niemczech bez naklejki, nawet kiedys nie bylam swiadoma i nic sie nie stalo. W koncu zamowilam takowa w zeszlym roku, a ostatnio nowa na niemiecki adres. Przez pare tygodni mialam inny numer rej. na samochodzie niz na naklejce i tez nic sie nie stalo. Jedyna opcja sprawdzenia czy ktos ma naklejke, to na nogach, nie ma zadnych systemow automatycznych.

      Usuń
  6. Richmond chyba powinnaś teraz poprawić tytuł bloga na "Kariera w UE..." :-)

    OdpowiedzUsuń